W pracy bliżej mi do millenialsów
Jestem nauczony ciężkiej pracy, także fizycznej: od nastolatka pomagałem na budowach w ekipie mojego Taty, w myśl zasady, że „facet to ma być facet” (cokolwiek to znaczy). Wyniosłem z tego szacunek do ludzi i do zarobionych pieniędzy. Dlatego nadgodziny, gaszenie pożarów, call w ostatniej chwili czy wyjazd na drugi koniec Polski nie są dla mnie problemem. No pain, no gain. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku.
Jak na millenialsa przystało, chcę się rozwijać i widzieć sens w tym, co robię, a do tego mam plan na kilka najbliższych lat. Cenię feedback i partnerskie relacje z przełożonymi, w których obie strony mogą na sobie polegać. Jak coś obiecam, to dowożę*, nawet kosztem własnej wygody czy portfela, bo dane słowo jest droższe niż pieniądze. Brzmi pompatycznie? Trochę głupio? Być może, ale zdania nie zmienię.
Odnajduję się w każdym otoczeniu: na uczelni prowadzę filozoficzne dysputy, w korporacji mówię językiem KPI oraz deadline’ów, a na budowie potrafię rzucić mięsem, gdy trzeba. Niezależnie od pełnionej roli czy kontekstu pozostanę jednak normalnym gościem, którego da się lubić. A przy tym doskonale rozumiem, że w biznesie chodzi o zarabianie pieniędzy, a nie ckliwe historie.
That’s the name of the game.
Ale charakter mam zetki
Gram w otwarte karty: mówię szczerze, co myślę, i nie boję się konfrontacji, niezależnie od rozmówcy. Nie jestem też płatkiem śniegu, więc krytykę przyjmuję na klatę. Cenię autentyczność i racjonalne myślenie, a ludzi szanuję tak długo, jak oni szanują mnie. Nie oczekuję też cudów: bądźmy dla siebie uprzejmi i wyrozumiali. Tylko tyle i aż tyle.
Przygodę z technologią zaczynałem od nieśmiertelnej Nokii 3310, ale dorastałem razem z internetem i smartfonami. Dlatego w zalewie infotainmentu i fake newsów cenię sobie prostą, konkretną i bezpośrednią komunikację, bez owijania w bawełnę. Lubię też jasne zasady i wymagania: jak mam coś przenieść z miejsca na miejsce bez wyraźnego powodu, pytam o cel. Jak czegoś potrzebuję albo czegoś nie umiem, radzę sobie sam, a jeśli z jakiegoś powodu nie mogę, po prostu proszę o pomoc. A jak widzę, że coś można zrobić inaczej albo lepiej, to od razu to zaproponuję.
Pracuję, żeby żyć, a nie żyję, żeby pracować. Dbam o swoje granice i głowę. Tyle że kiedy praca jest ciekawa, trudno odróżnić ją od hobby, a u mnie, na szczęście, często tak jest. Bo im więcej się wokół mnie dzieje, tym lepiej.